Między Rzeckim, a Wokulskim
Poznał wielu wspaniałych ludzi, uczestniczył w historycznym udostępnieniu gruntów pod legalną eksploatację bursztynu. Współtworzy projekty, które będą solidnym fundamentem bursztynowej stolicy. – Warto było przenieść się z Warszawy do Gdańska – tak podsumowuje swoje półtora roku pracy, w wolnym mieście, Robert Pytlos, koordynator miasta Gdańska do spraw bursztynu w rozmowie z Honoratą Szczypek.
|
Prezydent Adamowicz, Lidia Popiel i Robert Pytlos podczas wernisażu prac Andrzeja Bossa w Muzeum Bursztynu z okazji podpisanie listu intencyjnego fot. Studio Polska Biżuteria |
| Ocena: 3,50 |
Kliknij aby ocenić:
 |
|
HS: Bursztyn jako marka narodowa. Proszę rozwinąć tą myśl, Panie koordynatorze?...
RP: Bursztyn był naszym pierwszym produktem eksportowym, Pani Redaktor. Przypomnę, że w starożytnym Rzymie cesarz Neron wysłał specjalną wyprawę w rejon dzisiejszej Zatoki Gdańskiej, aby zaopatrzyć się w bursztynowy surowiec i ozdoby. Ta magia bursztynu działa do dziś. Niedawno byłem z ekipą niemieckiej telewizji ARD na terenach gminnych, gdzie legalnie rozpoznaje się złoża bursztynu. Byli zachwyceni zarówno samym procesem wydobycia, jak i urodą naturalnego bursztynu. Podobnie zachowywali się polscy dziennikarze, a ostatnio geolodzy z całej Polski. Z dumą patrzyłem, jak ci ostatni z dziecięcym zapałem i zachwytem szukali w tzw. solance surowych bursztynów lub pomagali “tyczkowemu”. Okazało się, że dzięki determinacji Prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, kilkunastu gdańskich urzedników i bursztynników, pomocy policji i straży granicznej mogliśmy wreszcie bursztyn z gdańskich Stogów pokazać w “dziennym świetle”, wyprowadzić z “szarej strefy”, podnieść do rangi dumy regionu i Polski. To ogromny sukces.
HS: Czy wszyscy gdańscy bursztynnicy tak uważają?
RP: Oczywiście pojawiają się ciągle głosy, że na tych terenach nie ma bursztynu, że to i owo. Przywykłem już do tego. Jeden z moich poprzednich szefów powtarzał mi – „pamiętaj ludzie są z natury rozsądni, prędzej czy później przyłączą się do sensownych działań”. Widzę, że ta zasada działa. Pracujemy właśnie nad kolejnym przetargiem – chcemy udostępnić kilkadziesiąt działek i już widać po elastycznym podejściu samych urzędników, że mamy kolejnych sojuszników. Zgłaszają się także nowe firmy, które chcą dzierżawić tereny gminne pod rozpoznanie złóż bursztynu. I żaden z ich właścicieli nie zaczyna rozmowy od słów: „za drogo chcecie lub tam nic nie ma”. Nierzadko długo rozmawiamy, ja im streszczam drogę formalną, którą muszą przejść od przetargu do koncesji, a oni opowiadają o tym, jak szukali bursztynu za czasów “Polsrebra” lub przekazów o “charyzmatycznych różdżkarzach”, którzy kilkadziesiąt lat temu potrafili w okolicy Łomży wskazać wczesnym rankiem, zanim rosa nie opadła, gdzie znajduje się bursztyn. Choćby tylko dlatego warto było przenieść się z Warszawy do Gdańska, żeby móc uczestniczyć w opracowaniu i realizacji historycznego zarządzenia Prezydenta Gdańska, regulującego zasady udostępniania terenów gminnych pod rozpoznanie i wydobycie złóż bursztynu.
|
Geolodzy z całej Polski z dziecięcym zapałem szukają bursztynu w tzw. solance fot. L. Pytlos |
| Ocena: 0,00 |
Kliknij aby ocenić:
 |
|
HS: Tylko dlatego?
RP: Może przesadziłem. Przede wszystkim poznałem w Trójmieście wielu wspaniałych ludzi. W branży jubilerskiej funkcjonuje od 12 lat, jednak z warszawskiej perspektywy postrzegałem niektórych bursztynników inaczej niż obecnie. Z bliska w Gdańsku, np. Mariusza Gliwińskiego i Mariusza Drapikowskiego znam wiele lat, ale dopiero przez ostatnie półtora roku odkryłem w pełni bogactwo ich talentu i osobowości. Być może jest tak, że aby poznać lepiej artystę trzeba więcej przebywać w jego pracowni (śmiech). Jestem także pod ogromnym wrażeniem pracy pań Joanny Grążawskiej i Renaty Adamowicz, które systematycznie budują bogate i różnorodne zbiory Muzeum Bursztynu w Gdańsku oraz dr Elżbiety Sonntag, która potrafi jak nikt inny zauroczyć bursztynowymi inkluzjami każdego bez wzgledu na wiek. Przyznam szczerze, że zawsze ze spotkania z nimi wychodzę z głową pełną pomysłów. Bardzo sobie cenię również rozmowy z dyrektorem Adamem Koperkiewiczem, człowiekiem, który dobre rady potrafi okrasić ineligentnym humorem oraz spotkania z Krzysztofem Lalikiem z Golden Amber i Mirosławem Kamińskim z firmy Wikwol, którzy przybliżyli mi zagadnienia związane z obrotem surowca bursztynowego w Polsce i za granicą, a przede wszystkim zarazili pasją do kolekcjonowania naturalnych form bursztynu. Doświadczyłem wiele dobrego od ludzi związanych z bursztynem i mógłbym wymienić jeszcze wiele, wiele, wiele nazwisk osób, którym, korzystając z okazji, chcę podziękować za pomoc. Bez nich nie udałoby się dokończyć wielu spraw.
|
Po wielu latach wreszcie na gdańskich Stogach poszukuje się bursztynu legalnie na terenach dzierżawionych od gminy fot. L. Pytlos |
| Ocena: 0,00 |
Kliknij aby ocenić:
 |
|
HS: Wygląda na to, że w Pańskiej pracy łączy Pan przyjemne z pożytecznym?
RP: Rola koordynatora ds. bursztynu, oprócz tego, że obija się na Stogach (śmiech), polega także na tym, żeby koordynować działania w branży, monitorować je, diagnozować problemy i szukać na nie rozwiązań. W tak mało skonsolidowanej branży nie zrobisz tego bez ludzi, bez spotkań z nimi, bez ich pomocy i w uzgodnieniu z nimi, musisz również umiejętnie ich dobierać. Czasami spotykam się z kimś i w rozmowie rzucam: właśnie widziałem się z Panem N i on słusznie zauważył, a mój rozmówca odpowiada: jak Pan może spotykać się z Panem N, przecież to nudziarz. Na to ja: może i tak ale potrafi pisać regulaminy i wypełniać formularze, tacy też są nam potrzebni. Ważne, że łączy nas bursztyn!
HS: Ale zdarza się chyba Panu także kreować rzeczywistość, a nie tylko ją koordynować?
RP: A skądże znowu! (śmiech). Mówiąc całkiem serio, bez tego poczucia, że mogę mieć wpływ na zmianę swojego otoczenia, chyba nie da się służyć ludziom, czyli być urzędnikiem. Kiedyś z jedną doświadczoną urzedniczką, która umie przekładać dokumenty z teczki do teczki, i wszystkie pieczątki jej się zgadzają, ostro spierałem się w imię zdrowego rozsądku, Gdańska jako światowej stolicy bursztynu oraz naszych bursztynników. W pewnym momencie, powiedziała do mnie z wyrzutem: Pan trzyma ich stronę! Pozostawiłem to bez komentarza, bo na szczęście jestem socjologiem i rozumiem na czym polega alienacja aparatu biurokratycznego. Wracając jednak do kreacji – cenię sobie współpracę z Anną Golec, Maciejem Dzierżanowskim i Marcinem Kapuścińskim, z którymi wspólnie rozwijamy inicjatywę klastra Gdańska Delta Bursztynu w ramach projektu Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową, finansowanego ze środków Urzędu Marszałkowskiego. Obecnie, czeka nas przełomowe wydarzenie: przyjęcie strategii i powołanie biura klastra. Z kolei ze Zbigniewem Strzelczykiem kończymy prace nad koncepcją Centrum Certyfikacji Bursztynu i zaopiniowaniem jej w Polskim Komitecie Normalizacyjnym. Uczestnicząc w wyżej wymienionych projektach, czuję się nie tylko koordynatorem.
HS: A co jest, Pana zdaniem, najtrudniejsze w pracy koordynatora?
RP: Niestety to, że funkcjonuje w urzędzie. Nigdy nie pracowałem w urzędzie i nie zdawałem sobie sprawy z ogromu procedur biurokratycznych, które zapewne są potrzebne, a nawet niezbędne, jednak de facto mogą wiele z projektów spowolnić lub nawet uczynić nieaktualnymi. Ponadto, dziś już wiem, że idea taniego państwa więcej nam szkodzi niż pomaga. Jak słyszę, że zarzuca się posłom lub samorządowcom, że za dużo jeżdżą po świecie za pieniądze podatników, to ręce opadają. Żeby z ludźmi załatwiać ważne sprawy mailem lub przez telefon, trzeba najpierw wielokrotnie spotkać się z nimi bezpośrednio. I nie chodzi tutaj o marnotrawienie publicznych pieniędzy, ale jak to pisał Zbigniew Herbert „to jest przede wszystkim kwestia smaku” – przecież nie można podarować głowie państwa, podczas jego wizyty w stolicy bursztynu, spinek za 30 złotych, bo wybrano najkorzystniejszą ofertę a jego tłumaczowi sprezentować pendrive’a o pojemności 1 GB, made in China, z logo miasta…
|
Podczas targów Amberif 2008 Robert Pytlos został nagrodzony przez dwie organizacje – Krajową Izbę Gospodarczą Bursztynu i Międzynarodowe Stowarzyszenie Bursztynników, za działania na rzecz środowisk bursztynniczych fot. Studio Polska Biżuteri |
| Ocena: 3,50 |
Kliknij aby ocenić:
 |
|
HS: Gdańsk przy okazji Euro 2012 odwiedzą nie tylko setki dygnitarzy, ale także tysiące kibiców. To wspaniała okazję do promocji miasta jako światowej stolicy bursztynu. Jak wykorzystać tą szansę?
RP: Bursztyn jest bogactwem naturalnym Polski i Ukrainy, i moim zdaniem powinien stać się wspólnym symbolem tych mistrzostw. Euro ma być dla obu krajów skokiem cywilizacyjnym, takim jakim była dla ludów zamieszkujących nasze dzisiejsze ziemie wymiana bursztynu na żelazo, monety i konie, które przywozili ze sobą starożytni Rzymianie. W tym kontekście bursztyn po raz kolejny może być symbolem i swego rodzaju nośnikiem rozwoju cywilizacyjnego. Tylko czy ktoś taką koncepcję zechce wprowadzić w życie w czasach taniego państwa i gadżetów produkowanych w Chinach. Bursztyn- przecież i na szczęście- jest cenny! Z drugiej strony trzeba także brać pod uwagę mniej optymistyczny scenariusz. Mam zamożnego kolegę, który jeździ na mecze polskiej reprezentacji i był na mistrzostwach świata w Niemczech. Za każdym razem scenariusz był taki sam: kilka godzin przed meczem cała grupa leciała z Warszawy wyczarterowanym samolotem. Lądowała szczęśliwie, powiedzmy w Gelscherkirchen, potem wieźli ich w okolice stadionu. Tam czekały na nich punkty, gdzie można kupić pamiątki piłkarskie, kiełbaski i piwo. Szli na stadion, tam dopingowali Polaków, a po meczu odwożono ich na lotnisko i wracali do Polski. Łatwo można wyobrazić sobie podobną sytuację w Gdańsku w 2012 roku: kibice obejrzą mecz na bursztynowym stadionie, kupią w jego okolicy pamiątki w jakiś tam stopniu wykonane z bursztynu lub nawiązujace do jego barwy, może wypiją piwo Amber, zjedzą coś w bursztynowym barze i odlecą do swojego kraju, aby wrócić nad Motławę trzy dni później. Wniosek: musimy budować na całym świecie markę bursztynu i wyrobów jubilerskich z jego wykorzystaniem, nie oglądając się na Euro. Nic się nie stanie, jeżeli piękne Hiszpanki przyjadą z tej okazji do Polski, ubrane w bursztynową biżuterię “Made in Gdańsk”, kupioną w Barcelonie lub Madrycie.
HS: Widać, że Pan konsekwentnie przełamuje sterotypy na temat bursztynu i włącza się w działania, które umacniają jego pozycję, a nie deprecjonują, takie jak Ambasador Bursztynu, lekcje o bursztynie i inicjatywa klastra Gdańska Delta Bursztynu.
RP: Cieszę się, że Pani to dostrzega i docenia. Gdy słyszę opinie, że po co nam to biuro klastra albo propozycję, żeby Carla Bruni została Ambasadorem Bursztynu, to w pierwszym odruchu chcę zrezygnować z pracy koordynatora i wrócić do opisywania tych irracjonalnych pomysłów w prasie branżowej. Moim zdaniem, mamy jeszcze zbyt dużo pozytywistycznej pracy do zrobienia i na obecnym etapie szkoda czasu i pieniędzy, żeby szukać poparcia światowych gwiazd. Oczywiście, trafiają się takie okazje, których nie można przepuścić, np. srebrna bransoleta z bursztynem podarowana przez prezydenta Pawła Adamowicza Rodowi Stewardowi podczas jego koncertu w Gdańsku. Jednak generalnie, jeżeli ktoś proponuje zatrudnić do promocji bursztynu żonę Prezydenta Francji, a nie chce wyłożyć 700 złotych miesięcznie na funkcjonowanie biura klastra, to wydaje mi się, że bliżej mu do poczciwego romantyka Rzeckiego, który śnił o Bonaparte, aniżeli Wokulskiego, który nie uznał za narodową zdradę zyskownej spółki handlu z Rosją! Wracając jednak z Warszawy Prusa do Gdańska dnia dzisiejszego – moim zdaniem najważniejszymi projektami, które musimy w najbliższych miesiącach zrealizować są powołanie biura klastra Gdańska Delta Bursztynu (przy wsparciu bursztynników i miasta) oraz niezależnego laboratorium gemmologicznego wraz z centrum certyfikacji bursztynu (przy wsparciu władz miasta) oraz udostępnić lokal i wyposażyć pracownię projektowania biżuterii ASP w Gdańsku (przy wsparciu władz miasta i bursztynników).
HS: Dziękuję za rozmowę. |